,,Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć [...] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym.” Leszek Kołakowski — Mini wykłady o maxi sprawach

niedziela, 29 września 2013

Chcę spać!

Drugi dzień rozpoczął się źle, pogoda za oknem była nie taka, a i mój kobiecy organizm odmawiał posłuszeństwa, natomiast jajniki postanowiły zniszczyć świat i oczywiście zaczęły ode mnie. Mimo wszystko nie poddawaliśmy się, ubraliśmy cieplejsze ubrania i wyruszyliśmy z samego rana na naszą wyprawę dotarliśmy do metra, którym musieliśmy przemieścić się do centrum. Za każdym razem nasze portfele płakały kiedy 350 forintów umykało na bilet jednorazowy. I tak oto ze stacji Kobanya-Kispest dojechaliśmy do Lehel ter. Metro linii trzy czyli naszej było wyjątkowe ze względu na swoją zewnętrzną budowę, co mam na myśli? Jego pierwsza stacja jest, nie jak to zwykle bywa pod ziemią, ale na ziemi, jak każdy inny przystanek komunikacji miejskiej. Dopiero później metro „nurkuje” pod ziemie, gdzie jest naprawdę ciepło, nawet w tak wietrzą i dość pochmurną pogodę jaka nas dorwała. Wysiadając na Lehel ter zrobiliśmy sobie nie mały spacerek na wyspę Małgorzaty grając przy tym w „Zgadnij co mam na myśli”, gdzie jedna osoba zadaje pytania, a druga może odpowiadać tylko „tak” lub „nie”. Na Wyspę Małgorzaty  dostaliśmy się przez Most Arpada, a sama wyspa okazała się rajem da biegaczy, dosłownie non stop tam biegają, okrążając całą jej powierzchnię. Ale nic w tym dziwnego gdyż w tym pięknym miejscu są ustawione maszyny do ćwiczeń, które coraz częściej można spotkać także w polskich parkach. My również postanowiliśmy sobie poćwiczyć jednak na placu zabaw dla dzieci, który również był zbudowany w ten sposób aby dzieci musiały wykazać jak największą aktywność fizyczną. Co ciekawe, cały projekt i pomysł należał do naszych zamorskich sąsiadów -Szwedów.

Widok na Wyspę Małgorzaty.

 Po krótkiej zabawie moje jajniki dały o sobie znać przypominając jak bardzo chcą zniszczyć ludzkość i jednocześnie uświadamiając mi, że zostawiłam APAP w hostelu, co było bardzo, bardzo głupie z mojej strony. Ale po za niedogodnościami fizycznymi to wszystko było coraz lepiej, słońce zaczęło powoli wychodzić zza chmur, a piękna okolica łagodziła ból.  Nie rozpisując się dłużej o Wyspie Małgorzaty, powiem że po za zielenią w postaci trawników kwiatów, i drzew, zobaczyliśmy również ruiny zakonu Dominikanek i Franciszkanów, a także grób jednej z Dominikanek. Bardzo miłym zaskoczeniem było mini zoo z bocianami, kucykami i sarenkami. 







Na koniec czekała na nas wspaniała grająca fontanna podobna do tej we Wrocławiu chociaż o wiele mniejsza. Niestety nie mieliśmy tyle czasu aby czekać na „koncert” więc posiedzieliśmy chwile wsłuchując się w szum wody i ruszyliśmy dalej w kierunku Mostu Małgorzaty,  gdzie porobiliśmy kilka zdjęć z widokiem na Parlament. 








Teraz w zdjęciach pokażę Wam naszą podróż.



Statua Józefa Bema.



Plac Batthanyego.


Parlament.



Stara kolej, którą minutowy przejazd na Wzgórze Zamkowe jest naprawdę drogi.


Widoki podczas wchodzenia na Wzgórze Zamkowe.


A tutaj kilka pomników i kościół już na wzgórzu.

 





Baszta Rybacka i w tle kościół Macieja.

Jak widać pogoda stopniowo się poprawiała, aż do osiągnięcia pięknego słonecznego letniego klimatu. Po przejściu takiego kawałka, a było to około 13 km. Postanowiliśmy iść coś zjeść, trafiliśmy do klimatycznej knajpki, która serwowała zarówno Węgirskie dania, które odpowiadały mojemu chłopakowi jak i pizze, które ja preferuję. Właściciel potrafił kilka słów po polsku z czego był naprawdę dumny, mimo jedzenia, które było dobre, knajpka nie przypadła nam do gustu ze względu na obsługę. Po zjedzeniu mieliśmy duży dylemat gdyż było stosunkowo wcześnie około 16, ale mój ból nie ustępował, a Sebastiana zaczęła straszliwie boleć głowa. W końcu zadecydowaliśmy, że najrozsądniej będzie wrócić do hostelu i odpocząć. 


Most łańcuchowy.
Zjazd do metro

Po powrocie okazało się, że było nam to naprawdę potrzebne i chyba nie zdążyliśmy odespać podróży z dnia poprzedniego gdyż, zasypiając o 17 obudziłam się o 22 gdzie w pokoju panował już półmrok. Przebudziłam Sebastiana, który zjadł kolację, ja nie miałam na nią ochoty. Potem przygotowaliśmy się do spania i ponownie zapadliśmy w głęboki sen. Powiem tylko tyle, że było warto bo dnia następnego czułam się jak nowo narodzona.


czwartek, 26 września 2013

Budapeszcie nadchodzę!

Lubię pisać, a zwłaszcza opisywać, jednak wiem, że ludzie też nie przepadają za zbyt długimi opisami, dlatego naprawdę starałam się aby ten tekst był przyjemny dla każdego. Zawarłam w nim opisy, które zadowoliły moją osobę, ale i napisałam to na tyle zwięźle aby czytanie nie kojarzyło Wam się z opisami niczym wyciągniętymi z „Pana Tadeusza”, bo kto czytał ten na pewno pamięta żmudne i długaśne opisy chociażby grzybobrania!
Cały tekst podzieliłam na dni, bo w innym wypadku ten post by był stanowczo za długi. Miłego czytania :)
Wybiła trzecia rano, mój budzik rozryczał się na dobre, lekko zaspana uciszyłam go, usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju, panował półmrok. Spojrzałam na moją walizkę, która, miałam nadzieję, nie przekroczyła wagi 10 kg. Nagle poczułam przypływ energii i ekscytacje, to już dzisiaj! Jadę do Budapesztu, nie, nie jadę, lecę! Podróż była tym bardziej ekscytująca, że po pierwsze nigdy nie leciałam samolotem, a po drugie był to mój pierwszy wyjazd od naprawdę długiego czasu. Ale jak do tego doszło czemu Budapeszt? Otóż, bardzo upierałam się na wyjazd, mój chłopak też chciał jechać ale nic nie mógł mi zagwarantować, ze względu na zapchane wakacje. Okazało się, że jedyny wolny termin to początek września, było stosunkowo późno na przebieranie w tanich lotach. Usiedliśmy z mapą w ręku i zaczęliśmy stawiać krzyżyki na krajach, które odpadły. USA krzyżyk, Azja krzyżyk, Rosja krzyżyk, Francja, tanie loty już dawno odleciały w niepamięć, a więc krzyżyk, Anglia, znowu za drogo jak na nasze studenckie możliwości, krzyżyk. Postanowiliśmy podejść do tego od drugiej strony, weszliśmy na dwie, wszystkim dobrze znane, strony tanich lotów wizzair i ryanair. Loty z Gdańska, drogo, drogo, drogo, zimno, nie chcę, drogo, drogo. To może loty z Wawy, drogo, zimno, drogo, nie, Węgry… Lot w jedną stronę 59 zł., w powrotną 59zł., proszę państwa mamy zwycięzcę! Po kilku kolejnych kliknięciach znaleźliśmy hostel, 25 euro za pokój dla dwóch osób, bierzemy! I tak oto naszym miejscem spania stał się Jade House!
Tak więc siedziałam na łóżku z wizją tego co za kilka godzin zobaczę, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zanim tam dojedziemy, Polskie widzimisię nas zaskoczy. Przygotowałam się, sprawdziłam czy mam bilety na lot i czy na pewno wzięłam pieniądze. Wszystko było, teraz pozostało poczekać na taxi. Początkowo chciałam zrobić sobie poranny 30 minutowy spacerek na peron ale po burzliwej dyskusji z siostrą, chłopakiem, bratem, mamą , tatą, psem, prezydentem i papieżem, zostałam zmuszona do zamówienia taxi, które miało mnie bezpiecznie dowieść na peron, normalnie bym pojechała autobusem niestety pociąg odjeżdżał o 4:51 a pierwszy autobus ruszał około 5 rano. Taxi podjechało pod dom, wsiadłam. Poproszę na dworzec główny.  Droga była śliska, a gdy kierowca na większym łuku wpadł w lekki poślizg, zaczęłam się modlić abym dojechała na peron. Udało się, pozostało poczekać na pociąg po 15 min. przyjechał. Klasa druga, nowsza, 6 miejsc w przedziale, podłokietniki, miejsce na kubek, miło ciepło, kierunek Warszawa Zachodnia. Po 5 godzinach byliśmy na miejscu, lot mieliśmy o 14:35, więc było troszkę czasu. Poszliśmy na śniadanie do pobliskiego centrum handlowego.  Około 11:30 postanowiliśmy wrócić na dworzec aby metrem dojechać na lotnisko. Najpierw był problem z zakupem biletów, nie wiedzieliśmy jakie bilety powinniśmy kupić.  W pierwszym okienku zostaliśmy odesłani do innych, w końcu zobaczyłam na automacie napis, świadczący o tym, że sprzedaje bilety na busy, skm, tramwaje i metro nie było podziału, bilet na jeden przejazd kilk, wybrać strefę, na naszych twarzach pojawiły się znaki zapytania, spytaliśmy kilku ludzi w koło jaki bilet mamy kupić aby dojechać na lotnisko, nikt nie wiedział, która strefa jest dobra, ponownie poszliśmy do okienka. Strefa 1, do automatu, bilety kupione, teraz znaleźć peron z którego odjedzie nasza skm’ka S2, zero informacji, pierwszy peron, spytaliśmy kobiety, nie to nie tu, ale nie wie gdzie, drugi peron, dużo ludzi z walizkami, to dobry znak, kolejne zapytanie, i udało się to tutaj. Skm’ka przyjechała po kilku minutach. Cieszyłam się, że to ostatnia prosta na lotnisko, ale chyba moja radość była przedwczesna, po zajęciu miejsca usłyszeliśmy informacje, że S2 nie dojedzie do lotniska ze względu na remonty i trzeba się przesiąść na bus, który jest kontynuacją S2. Wierciłam się jak smród w gaciach. Denerwował mnie fakt, że na stronie gdzie sprawdzaliśmy czym dojechać na lotnisko nie było żadnej informacji o panujących remontach. Na szybie skm’ki wisiała kartka informująca o zastępczym autobusie i czasie remontu. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku i liczyliśmy na znak „do przystanku tędy”, niestety po raz kolejny się przeliczyliśmy, po krążeniu i zapytaniu kilku osób, które nie potrafiły nam pomóc, mój chłopak intuicyjnie doszedł na przystanek. Byliśmy trochę spóźnieni, chcieliśmy być wcześniej, bo nie znaliśmy tego lotniska i nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam szukanie wszystkiego. Na szczęście tym razem nasze obawy były zbyt wielkie i pomimo spóźnienia dotarliśmy i tak na tyle wcześnie, że zdążyliśmy wszystko obejrzeć i dopiero na tablicy przy naszym locie wyświetliła się odprawa. Moja walizka ważyła około 7 kg. Teraz czekał mnie tylko lot. Było po trzynastej, mieliśmy jeszcze dużo czasu, w końcu zaczęli wpuszczać na pokład… autobusu, którym dojechaliśmy do samolotu.


Zobaczyliśmy nasz samolot przewoźnika ryanair. Niewielki, ale wystarczająco duży aby pomieścić wszystkich pasażerów. Siedziałam koło okna, a cały lot okazał się całkiem przyjemny, niestety przez wietrzna pogodę mieliśmy małe turbulencje i cały czas musieliśmy mieć zapięte pasy. Pod koniec pilot tak bujał góra dół góra dół że mnie odrobinę zemdliło, ale o wszystkim zapomniałam kiedy stanęłam na ziemi. Pogoda była piękna w przeciwieństwie do mroźnych wiatrów i zachmurzenia panującego w Polsce. Kupiliśmy bilety na jeden przejazd, które kosztują tam 350 forintów za osobę, czyli w zależności od kursu około 5 zł.. Tak bilety to był stanowczo nasz największy wydatek. Jechaliśmy autobusem 200E na ostatni przystanek. Wysiedliśmy przy dużym centrum handlowym, postanowiliśmy pojechać do IKEI na klopsy aby zjeść obiad. Nie chcieliśmy jechać do centrum miasta bo mieliśmy na to stanowczo za mało czasu. Było już po 16, a my byliśmy padnięci.

Pojechaliśmy do IKEI i tam przekonaliśmy się, że każdy potencjalny klient jest złodziejem, dwóch ochroniarzy kazało nam otworzyć plecaki, do tego żaden z nich nie umiał mówić po angielsku a jedynie przytakiwali na to co my mówiliśmy, no i klopsy na Węgrzech są milion razy gorsze niż te w Polsce, w dodatku zamiast pysznej żurawiny dostaliśmy bardzo słodki i mało smaczny dżem. Potem poszliśmy kupić coś na śniadanie i pomimo naszych wszelkich starań, w hostelu wylądowaliśmy około 22. Hostel był niewielki, łącznie może było tam 7 pokoi, ale standard był bardzo dobry, czysto, dwie ogólnodostępne łazienki, w pokoju standard, dwa łóżka, stolik z krzesłami i tv. Byłam tak zmęczona, że nawet nie miałam ochoty jeść kolacji, umyłam się, trochę rozpakowałam, zaplanowaliśmy wyprawę na następny dzień i zasnęliśmy jak kamień. Gotowi aby następnego dnia wstać z samego ranka i udać się na podbój Budapesztu!
Zdjęć jest niewiele, bo pierwszego dnia jak już wspomniałam nie zwiedzaliśmy, ale już jutro przygotujcie się na większą dawkę zdjęć, a mniejszą tekstu:)

środa, 25 września 2013

Był sobie list...

Nie przechodź pod drabiną, nie pozwól aby czarny kot przeszedł Ci drogę, nie wstawaj lewą nogą, a w piątek trzynastego to najlepiej schowaj się pod kołdrą i za nic nie ruszaj się z domu! Znacie takie przesądy? Ja też znam, takie i wiele innych i dzięki temu wygrałam mini konkurs zorganizowany na forum http://www.postcrossing.com.pl przez użytkowniczkę decollage.
Po kilku dniach przyszedł do mnie list.


Byłam zaskoczona, gdyż nie spodziewałam się grubszego listu;>
W środku była kartka z sercem, a wewnątrz pełno kocich pocztówek, byłam zaskoczona gdyż myślałam, że do wygrania była jedna pocztówka, a tu taka miła niespodzianka!



Na końcu był liścik-serduszko, dziękuję Ci Ewo!

A teraz już kartki:








A już jutro długo obiecana relacja z Budapesztu, w końcu udało mi się skończyć cały opis:)

poniedziałek, 23 września 2013

Batman z Finlandii.

Dziś do moich łapek wskoczyła wspaniała kartka ze znakiem Batmana i śmiesznym napisem. Przybyła do mnie z Finlandii od Eliny, która podobnie jak ja jest fanką Batmana ( z tym, że ja nie lubię tego aktora, lubię komiksową postać batmana) oraz Roberta Downey'a Jr. <3


A jak Wam się podoba?

piątek, 20 września 2013

Listy-prezenty

Dzisiaj kolejny post o listach wysłanych do ludzi z sendsomething.net. Nie mam ostatnio za wiele czasu bo szukam pracy, ale zaufajcie mi posty o Budapeszcie już się tworzą, a w tym czasie zapychacz;>

Pierwszy list powędrował do Marii ze Szwecji. Wysłałam jej po za listem trzy smaki herbat owocowych, mam nadzieję, że jej zasmakują.


Kolejny list poleciał do Sary z Szwajcarii. Sara również otrzymała herbaty oraz dwie kary przedstawiające postacie z mangi i zakładkę do książki, Sara się tym interesuję, więc myślę, że podarunki są trafione:)


Ostatni list został wysłany do Vicky z Hong Kongu. Vicky jest fanką żyraf więc cała papeteria jest z akcentem żyrafy, dodatkowo dorzuciłam wycięte 4 żyrafki i magnes, który niestety na zdjęciu jest już zapakowany i nie zobaczycie go, ale też ma akcent żyrafki:)


W następnym poście pochwalę się Wam moją nagrodą wygraną na forum postcrossingowym:)

wtorek, 17 września 2013